wtorek, 12 lipca 2016

Zerwał ze mną śmieszne 2 tygodnie temu. Początkowo myślałam, że będzie okej. Przyjęłam to do siebie, zresztą od dobrych kilku miesięcy miał mnie głęboko w dupie i ograniczał kontakt ze mną do minimum, więc w zasadzie dużo się pod względem mojego planu dnia nie zmieniło, odebrał mi tylko nadzieję na jakieś plany.
Myślałam więc, że w porządku, cierpienie po stracie nie będzie takie złe. 2 lata poszły w piz##, ale pierwsze 1,5 roku było szczęśliwe. Nie mam mu za złe, znudziłam mu się, przestał mnie kochać - co miał zrobić, no zerwał. Szkoda tylko prawie roku robienia mi nadziei na zmianę, jakiegoś ukrywania się, odkładania mnie na dalszy plan. Przez prawie rok byłam w piramidzie jego wartości dużo niżej niż koledzy, czasem zdaje mi się, że nawet delikatnie niżej niż alkohol, ale tego nie jestem pewna.
Schudłam, żeby może zwrócić jego uwagę spowrotem na siebie. Nie podziałało. Próbowałam też go olewać, żeby wiedział jak się czuję, jak to jest nie mieć w nikim oparcia - nie podziałało. Może nawet było mu to na rękę, bo dałam mu spokój. Tylko po co tak długo ciągnął ten związek?
Jak już mówiłam, myślałam, że będzie w porządku, nie załamię się po stracie. Gdy dowiedziałam się, że ze mną zerwał - byłam spokojna. Nie powiedziałam nikomu. Może tłumiłam to w sobie, ale jeśli tak, to całkiem dobrze mi to szło. Teraz minęły 2 tygodnie od zerwania a ja zaczynam czuć się z tym coraz gorzej. Zaczęło docierać do mnie, że on tak na poważnie. Wcześniej po prostu nie mogłam w to uwierzyć.

Jebać wszystko. On był dla mnie wszystkim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz